Mam takiego dobrego Znajomego / Przyjaciela (jestem ostrożna z tym ostatnim słowem, więc jeśli to czytasz, nie obrażaj się pliiiz). Lubimy się. Podbudzamy się wzajemnie – intelektualnie 😉 Dużo rozmawiamy. A ponieważ czasy są, jakie są, to głównie przez Internet.

I tu właśnie zaczyna się moja dzisiejsza historia.

Ponieważ o nieporozumienie najłatwiej wtedy, gdy się pisze, a nie rozmawia, to któregoś dnia strasznie się pożarliśmy. Standard 😉 Ale wiecie… szło już na noże. Na szczęście chyba jednej i drugiej stronie zależało na tym, żeby ta znajomość się jednak utrzymała, więc po chwili nerwów zaczęło łagodnieć. Zaczęłam mu więc spokojnie wszystko tłumaczyć. Np. to, że jeżeli kobieta może jakkolwiek zinterpretować, co mówi do niej mężczyzna, to może być pewny, że zinterpretuje to w najgorszy możliwy sposób. Albo i niemożliwy 😉 Tak jesteśmy zaprogramowane.

Odparł zaskoczony i nieco zawiedziony:

„a ja sie łudziłem że nie wszystkie”

Nie musiałam zastanawiać się na odpowiedzią. Przyszła sama z automatu:

„Słuchaj…. To tak, jakbyś chciał, żeby nie wszystkie psy merdały ogonami. No pewnie gdzieś na świecie jest taki pies. Ale jednocześnie jest też trochę jakby mniej “psowaty”. Prawda?

Odpisał mi wtedy:
„to temat na Twojego bloga”

W pierwszej chwili odpisałam „Neeee”. Ale w zasadzie to dlaczego „neeee”? Tyle piszę o kobietach i kobiecości, że może taki post też jest potrzebny? Poza tym mam jeszcze dwa argumenty: 1. JESTEM KOBIETĄ 😉 i 2. KOMPLETNIE NIE ZNAM SIĘ  na tym 😛

Dlatego, jeżeli spodziewacie się tutaj wylewu wiadomości i sprasowanej piguły informacyjnej, to nie. To nie to źródło 😉 Od tego są fachowe książki i kompletnie nie da się tego streścić. Ale trochę humoru z dystansem…? Dlaczego nie! 😀

Kontynuując zatem temat nieporozumień i wieloznaczności. Jeśli zatem chcesz być dobrze zrozumiany Drogi Mężczyzno, formułuj wypowiedź możliwie jednoznacznie, nie zostawiając pola manewru do domysłów. Bo nawet nie masz pojęcia jak źle można zrozumieć wieloznaczność 😉 I, mam takie głębokie poczucie, wcale nie chcesz się o tym przekonywać 😛

A na koniec rozmowy przeczytałam jeszcze:

 „…i na dodatek ryczysz z byle powodu”. Że co proszę?!!! Być może jest tak, że płacz przychodzi mi z dużą łatwością. Ale absolutnie nigdy bym nie powiedziała, że powód, który przyprawia mnie o łzy – jest jakkolwiek „byle powodem”! Rozumiem, że Ciebie może nie wzrusza widok ukochanej osoby. Albo, że historia na filmie jest całkowicie wymyślona i nie muszę płakać w połowie, że dwoje ludzi nie może być ze sobą. A potem jeszcze raz płakać na końcu, że się wszystko dobrze ułożyło. A czasami też być może mogłabym się powstrzymać od łez od pierwszej do ostatniej sceny (sic! na „Love actually” – przy sprzyjających warunkach – zaczynam płakać jeszcze przed napisami początkowymi a kończę, gdy pojawiają się napisy końcowe :P). Ale empatia wysokiego stopnia nie jest niczym złym.  I że niby używamy płaczu do szantażu. Że niby cokolwiek nim wymuszamy. Też coś! A co my lepszych argumentów nie mamy, czy co…? 😉

Kiedyś przeczytałam taki tekst:

„Kobiety wiedzą. Po prostu wiedzą. I nawet jeśli nie wiedzą, to i tak wiedzą. Mężczyźni tego nie rozumieją, a kobiety tak. Bo one wiedzą!”. O co chodzi? Jesteśmy absolutnie genialne w snuciu domysłów. A wiecie jak to jest… Jeśli mieli się w głowie jakąś myśl długo i przewala na wiele sposobów i wciąż się kończy z tym samym obrazkiem w głowie, to po paru takich zabiegach najzwyczajniej w świecie nabiera się pewności. Jeżeli jesteś mężczyzną, czytasz to i nie wiesz o co chodzi, to znaczy po prostu, że jesteś mężczyzną. Dla nas nakręcanie sobie w głowie filmów i wymyślanie niestworzonych rzeczy to chleb powszedni. Dlaczego piszę „nas”? Czy są jakieś naukowe dowody na to, że ta kwestia nie dotyczy tylko mojej chorej na wybujałą wyobraźnię głowy? Nie mam pojęcia, czy naukowcy już to udowodnili. Mam po prostu głębokie przekonanie, że nie jestem w tym sama. Ja to po prostu WIEM 😉

I nie, my na prawdę nie rozumiemy jak to jest

“myśleć o niczym”.

Bo my nie umiemy w ten sposób i nie mamy pojęcia nawet jak to jest możliwe! My myślimy nieustannie. Od tego jest przecież mózg! Nasze mózgi się nie wyłączają 😉 Nasze głowy, są jak zwoje kabli, przez które nieustannie przepływa strumień świadomości, podświadomości, nadświadomości. Jeżeli Freaud miał w tym rację, to my mamy jeszcze tyle do przeanalizowania! A jeśli zdarza nam się odpowiedzieć na pytanie “o czym myślisz?” – “o niczym”, to znaczy, że po prostu nie chcemy się podzielić tym, co akurat mamy w głowie. Dlatego zawsze będziemy podejrzewać, że robicie dokładnie to samo: w Waszym “nothing boxie” jest tak naprawdę mnóstwo tego “czegoś”, co przed nami ukrywacie: inne kobiety, erotyczne marzenia, grobowe tajemnice, nieślubne dzieci, niespłacone kredyty, kolosalne zadłużenia, listy o rozstaniu itp. A wiesz co jest najlepsze? Że tym czarniejsze wizje przychodzą nam do głowy, im jesteśmy szczęśliwsze! Absurd, co? Ale wynika to z bardzo prostej rzeczy: ze strachu. Boimy się wtedy, gdy nam zależy, a nie wtedy, gdy mamy coś w nosie 😉

A odpowiedź “no bo tak!”

naprawdę nie wynika z tego, że już same nie wiemy co odpowiedzieć, albo jak uargumentować nasz wybór. Kochany! Chodzi po prostu o to, że w danej chwili, najzwyczajniej w świecie, nie ma czasu na sięganie po argumentację wysoce merytoryczną, kiedy na przykład i tak próbujemy ogarnąć 6 innych czynności, takich jak: ubieranie dziecka, szykowanie śniadania, gotowanie wody na herbatę, pakowanie rzeczy do pracy, prasowanie koszuli Mężowi przy jednoczesnym wsłuchiwaniu się w poranne wiadomości. Nie mamy już siły wtedy na tłumaczenie Wam dlaczego chcemy, żebyście zalali nasze kawy/herbaty aż w 3 kubkach. Natomiast możecie być pewni, że mamy w tym naszą (może nieco pokrętną i niełatwą do wyjaśnienia w jednym zdaniu) logikę. Ale na potrzeby chwili nie zdejmiemy z półki Kanta i nie będziemy Wam wszystkiego od początku tłumaczyć, bo to świata by zabrakło!

I na zakończenie – podsumowanie z pewnego mema:

„Kobiety nie są dziwne. One są po prostu kobietami!” (myślę, że jeżeli podstawilibyśmy wyraz „koty” zamiast „kobiety” to ta myśl wciąż byłaby aktualna. Ha! I może to tu tkwi to ledwie uchwytne podobieństwo kobiet do kotów…? Mraaauuuu)

P.S.

Jeżeli jesteś Kobietą, czytasz to i czujesz się jakkolwiek urażona – bardzo Cię przepraszam. W zasadzie to z siebie samej się nabijam. Moja serdeczna koleżanka Ola napisała o mnie ostatnio, że Kobiecość to moja supermoc. I ogólnie cudownie to napisała. I przypuszczalnie miała na myśli wszystkie te cudowne rzeczy, które my – kobiety – możemy dawać z siebie, z racji właśnie bycia kobietami: sex appeal, czułość, emocjonalność, wrażliwość, wdzięk i co tam komu jeszcze przyjdzie do głowy na hasło „kobieca kobieta” . Ale mi od razu przypomniały się te wszystkie momenty w moim życiu, w których mój Mąż, zdruzgotany czymś, co tylko kobieta mogłaby zrobić/powiedzieć/wymyślić, patrzył na mnie z czułością i mówił: „dzięki temu wiem, że jesteś prawdziwa, a nie to, że sobie ciebie wymyśliłem”. Dlatego w tym poście to przede wszystkim z samej siebie się śmieję. Bo czuję się Kobietą, taką na 200% kobiecości. Więc jeśli z czegoś tu toczę bekę, to z siebie właśnie do potęgi entej.