czyli dlaczego fotografuję i piszę.

Wszyscy już wiecie, że jestem fotografem 😉 Ale czy wiecie również, że z wykształcenia jestem filozofem ? Taaa…. Naprawdę! W 2004 roku ukończyłam Katolicki Uniwersytet Lubelski, na kierunku „filozofia teoretyczna” i ze specjalizacją w etyce ogólnej. Grubo, co ? ? To, że trafiłam na te studia było dosyć przypadkowe (o ile umówimy się tutaj, że coś takiego, jak „przypadek”, w ogóle istnieje ;)). Ale już po pierwszym semestrze wiedziałam, że to jest dokładnie to miejsce, w którym powinnam była się znaleźć. Filozofowanie mam wpisane w naturę, więc odnalazłam się tam bez większych problemów. Chociaż nie we wszystkim oczywiście, ponieważ do dzisiaj moja wiedza z zakresu teorii mnogości i systemów dedukcyjnych MOCNO kuleje ?

Ale „do rzeczy” jak mawiają fenomenologowie ? Rozważanie na temat świata, tego co mnie otacza oraz tego, co przeżywam – mam wpisane w naturę oraz otrzymane z dyplomem magistra ? Ale rozważanie, a dzielenie się ze wszystkimi tym rozważaniem to dwie różne rzeczy. Zatem: DIÁ TÍ ? (gr.di ̈t — dla-czego?; łac. propter quid — dzięki czemu?) Pytanie o samą naturę wszechrzeczy. Czystą przyczynę zjawiska. Pytanie, które w czasach, gdy filozofia była synonimem nauki, stanowiło podstawę jakichkolwiek badań i rozważań naukowych. Dlaczego piszę? Odpowiedź na to zapytanie będzie jednocześnie wyjaśnieniem kwestii „dlaczego fotografuję”. I nie, nie zamierzam udzielić odpowiedzi typowo kobiecej, czyli „no bo tak!” ?

Od zawsze, czyli odkąd zaczęłam być choćby w minimalnym stopniu bytem samoświadomym pamiętam ogromną potrzebę wyrażania emocji. Taki emocjonalny ekshibicjonizm. Myślę, że nieuleczalny. Z resztą – powiem szczerze – nie widzę dzisiaj już potrzeby leczenia, skoro mogę zamienić go w coś, co mi sprzyja, rozwija mnie a jeszcze przy okazji (niemal zupełnie przypadkowo ;)) pozwala zarobić jakiegoś grosza ? Słowo i obraz to dobre media, by wyrażać i ból i gniew i miłość i radość i cokolwiek tylko zalegnie w duszy. Do tej pory nie umiem inaczej: albo to wyrażę albo pęknę. No tak! Bo jeśli ktoś z Was mnie nie zna bardzo osobiście to jeszcze nie wie, że jestem sobie jakby gigantycznym sitem, przez które filtruje się świat. Tylko zwykle jest tak, że to, co przesiane, zostaje uszczuplone o to, co zostało w sicie. A ja to, co przesiałam wypuszczam w świat dalej, w dodatku z moim własnym ładunkiem emocjonalnym dodatnim albo ujemnym. I teraz wyobraźcie sobie, że nagle przestaję wypuszczać to z siebie a tylko gromadzę, gromadzę i gromadzę… No przecież choroba psychiczna murowana! Albo inna nerwica! Albo chociaż kamienie w nerkach ?

Dlatego, gdy pierwszy raz postanowiłam napisać wiersz – zrobiłam to oczywiście z miłości. Tak, przypuszczalnie dzisiaj oceniłabym to obiektywnie jako średniej klasy grafomaństwo. Ale mam taki sentyment do tej swojej pisaniny, że wciąż przechowuję sterty tego. Nie zaprzeczę – część z nich wciąż mi się naprawdę podoba. Ale jakieś 90%…? Straaasznaaa chała! ? Ale pozwalała mi przetrwać burze dojrzewania, pierwsze miłości, złamane serca (tak – mówimy o liczbie mnogiej ? ) i inne szarpania „uczuć wewnętrznych” ? Wytworzyłam tego setki. W zasadzie trudno powiedzieć, że ja je napisałam… ja je wyprodukowałam. Nawet 6 dziennie. A moi Rodzice okazali się na tyle wspaniałomyślni, że wydali mi nawet „domowymi sposobami” parę wybranych przez nich sztuk tych wierszy.

Gdy trochę dojrzałam, zaczęłam preferować dłuższe formy w postaci opowiadań. I na tym koncie miałam parę swoich małych sukcesów w postaci nagród i wyróżnień a przynajmniej zachwytu publiczności.

I strasznie oburzałam się na tych, co mi mówili, że gdy tylko zacznę być w życiu szczęśliwa, to mi się skończy to odurzające natchnienie.

Ale… się skończyło. Od lat nie napisałam pół wiersza! Od czasu do czasu zdarzało mi się walnąć jakiegoś szerokiego posta na facebooku, ale wiecie… to nie to samo ? Po części stąd ten blog – pozwala chociaż trochę mi się twórczo wyżyć w słowach ?

No to tak… To mamy już pisaninę. A skąd w tym wszystkim fotografia. Ogólnie – stądsamąd ? Kiedyś jeden gość złamał mi serce (nie, nie martwcie się, nie będę Was teraz zanudzać tą historią – zostawiam ją sobie na innego posta ? ). I to złamał tak totalnie i przeraźliwie. A że był fotografem, który co prawda lubił moje wiersze, ale bardziej odnajdywał się w obrazach, to postanowiłam „przemówić mu do rozsądku” za pomocą zdjęć. Poniżej przykład – rozumiecie przesłanie…? ?

 bez Ciebie cz II

Do wtedy jedyna fotografia, z jaką miałam styczność, to prace mojego Taty. Które wtedy wydawały mi się kompletnie nie emocjonalne, bo przedstawiały ludzi a ludzie są beee…. Dopiero z czasem zrozumiałam, że człowiek to przecież najczystsza w świecie emocja. No dobra – zawężę tę definicję: KOBIETA! Kobieta to najczystsza w świecie emocja. I dlatego zaczęłam fotografować ludzi a przede wszystkim kobiety. Co robię wciąż i wciąż kocham i w każdej z nich odnajduję okruszek siebie: moją miłość, mój ból, moje rozterki i zmagania, moje strachy…

bez Ciebie cz III

Nie wiem, czy kiedyś przestanę. Bo najzwyczajniej w świecie lubię to w sobie.

PS Zdjęcie profilowe by Marcin Zalech